Zasady Kyokushin i Bushido obowiązują nas również poza salą treningową

Masutatsu Oyama (twórca Kyokushin Karate), na którego wielu się powołuje i uważa za wzór do naśladowania mówił: ”Droga karate zaczyna się i kończy na uprzejmości. Bądź, zatem należycie i szczerze uprzejmy przez cały czas”. Mówił również: „Głowę trzymaj nisko, lecz spoglądaj wysoko. Mów roztropnie. Miej dobre serce. Służ innym ludziom z czcigodną pobożnością – traktuj to, jako punkt wyjścia.”

Według Japończyków, szczególnie tych, którzy uprawiają sztuki walki takie słowa jak: prawość i sprawiedliwość, odwaga, wytrwałość, dobroć, uprzejmość, szczerość, honor i lojalność to „słowa mocy”.

Każdy z trenujących Kyokushin i inne sztuki walki kłania się wchodząc do Dojo (sali treningowej), oddając w ten sposób szacunek do miejsca oraz osób w nim trenującym. Wiele osób wszem i wobec mówi, że kierują się w życiu zasadami Kyokushin i Bushido. Jednocześnie te same osoby, mówiące, że kierują się wspomnianymi zasadami wpychają się do kolejki w sklepie lub nie ustępują miejsca staruszce w autobusie, czy tramwaju. Wiele osób mówi: „Kyokushin uczy pokory i szacunku”, a przy byle okazji mówią „uważaj, bo ćwiczę karate i mam brązowy pas” lub wykorzystują swoje umiejętności wobec mniejszych i słabszych. Często ludzie ciężko trenują w sali treningowej, a w domu nie robią nic żeby pomóc rodzicom czy młodszemu rodzeństwu. Czekają jak rodzice podadzą mi wszystko pod przysłowiowy „nos”. Kłaniasz się swojemu sensei czy koledze z sali treningowej czasem po stokroć, ale mijając na ulicy znajomych – sąsiadów bądź rodziców twoich kolegów z klubu odwracasz głowę i udajesz, że ich nie widzisz lub nie znasz.

Niestety coraz częściej przybywa ludzi, dla których „słowa mocy” to puste hasła, bez pokrycia w codziennym zachowaniu i postępowaniu. Każdy podążający drogą Kyokushin powinien starać się, aby „słowa mocy” nie były tylko pięknie brzmiącymi słowami. Osu!

Masutatsu Oyama (twórca Kyokushin Karate), na którego wielu się powołuje i uważa za wzór do naśladowania mówił: ”Droga karate zaczyna się i kończy na uprzejmości. Bądź, zatem należycie i szczerze uprzejmy przez cały czas”. Mówił również: „Głowę trzymaj nisko, lecz spoglądaj wysoko. Mów roztropnie. Miej dobre serce. Służ innym ludziom z czcigodną pobożnością – traktuj to, jako punkt wyjścia.”

Według Japończyków, szczególnie tych, którzy uprawiają sztuki walki takie słowa jak: prawość i sprawiedliwość, odwaga, wytrwałość, dobroć, uprzejmość, szczerość, honor i lojalność to „słowa mocy”.

Każdy z trenujących Kyokushin i inne sztuki walki kłania się wchodząc do Dojo (sali treningowej), oddając w ten sposób szacunek do miejsca oraz osób w nim trenującym. Wiele osób wszem i wobec mówi, że kierują się w życiu zasadami Kyokushin i Bushido. Jednocześnie te same osoby, mówiące, że kierują się wspomnianymi zasadami wpychają się do kolejki w sklepie lub nie ustępują miejsca staruszce w autobusie, czy tramwaju. Wiele osób mówi: „Kyokushin uczy pokory i szacunku”, a przy byle okazji mówią „uważaj, bo ćwiczę karate i mam brązowy pas” lub wykorzystują swoje umiejętności wobec mniejszych i słabszych. Często ludzie ciężko trenują w sali treningowej, a w domu nie robią nic żeby pomóc rodzicom czy młodszemu rodzeństwu. Czekają jak rodzice podadzą mi wszystko pod przysłowiowy „nos”. Kłaniasz się swojemu sensei czy koledze z sali treningowej czasem po stokroć, ale mijając na ulicy znajomych – sąsiadów bądź rodziców twoich kolegów z klubu odwracasz głowę i udajesz, że ich nie widzisz lub nie znasz.

Niestety coraz częściej przybywa ludzi, dla których „słowa mocy” to puste hasła, bez pokrycia w codziennym zachowaniu i postępowaniu. Każdy podążający drogą Kyokushin powinien starać się, aby „słowa mocy” nie były tylko pięknie brzmiącymi słowami. Osu!

Magiczne słowo OSU – co oznacza?

„Osu” jest tym słowem, które od zawsze kojarzone było z Karate, a zwłaszcza z Karate Kyokushin. Co ciekawe nawet osoby, które nigdy nie trenowały tej sztuki walki niejednokrotnie kojarzą to słowo.

Nic dziwnego gdyż słowo „Osu” to chyba najczęściej słyszane słowo w Dojo Kyokushin lub na turniejach Kyokushin. Kiedy wchodzisz i opuszczasz Dojo kłaniasz się i mówisz „Osu”. Kiedy witasz się z kolegą trenującym Karate Kyokushin mówisz „Osu” zamiast „cześć”. Kiedy odpowiadasz na instrukcje lub zadajesz pytanie w czasie treningu mówisz „Osu” zamiast „tak” albo „rozumiem”.

Kiedy wykonujesz Kihon Waza (techniki podstawowe) w czasie treningu, każdej technice często towarzyszy głośne „Osu”. Kiedy na treningu praktykujesz Jiyu Kumite (wolną walkę) i twój przeciwnik wykona dobrą, twardą technikę mówisz „Osu” by uznać jego umiejętności. Wyrażając szacunek zawodnicy startujący w turniejach kłaniają się i mówią „Osu” do przodu, do sędziego i jeden do drugiego zarówno przed jak i po walce.

Słowo „Osu” jest używane w wielu sytuacjach i wydaje się, że ma bardzo wiele znaczeń. A co tak naprawdę oznacza?

„Osu” jest zestawieniem słów: 

押し Oshi – oznaczające „Pchać”, „Napierać”

忍ぶ Shinobu – oznaczające „Przetrwać”

Oznacza to cierpliwość, determinację i wytrwałość. Zawsze, kiedy mówimy „Osu” przypominamy sobie o tym. Trening Kyokushin jest bardzo wymagający. Ćwiczysz tak ciężko, aż myślisz, że dotarłeś go granicy swoich wytrzymałości. Najpierw twoje ciało chce przestać, ale twój umysł pcha cię dalej – następnie twój umysł chce się zatrzymać, ale twój duch pomaga ci iść dalej. Znosisz ból. Wytrzymujesz. To jest „Osu”.

Karate Kyokushin nie da się nauczyć natychmiast. Trzeba całych lat, aby nauczyć się podstaw. Techniki podstawowe wykonywane są tysiące razy (Ren ma – „zawsze błyskotliwie”), aż staną się odruchowe i instynktowne, bez świadomej myśli (MUSHIN – „Poza świadomością”).

Bardzo łatwo jest doznać frustracji wykonując nieustannie te same techniki, szczególnie, kiedy nie widzimy postępów. W pokonaniu tej frustracji i kontynuowaniu treningu pomaga nam cierpliwość i determinacja. To jest „Osu”. Do „wspięcia na skałę” potrzebne jest absolutne i niesłabnące oddanie, w Kyokushin Karate to jest „Osu”. Duch „Osu” prawdopodobnie najlepiej opisany japońskie powiedzenie „Ishi no ue ni sannen”. W przetłumaczeniu to oznacza „Trzy lata na skale”. Symbolizuje to potrzebę, aby trwać przez cały czas - wytrwałość. Jest to jedna z najważniejszych filozofii Karate Kyokushin.


Budo-ka (ćwiczącemu Budo) nie jest łatwo – wytrącony z równowagi w zderzeniu z przeciwnościami zaczyna zdawać sobie sprawę, że dla zbliżenia się do swojego prawdziwego potencjału wymagany jest niezachwiany duch wytrwałości.

Ta siła charakteru rozwija się poprzez ciężki trening i znana jest, jako „Osu no seichin” (duch Osu). Słowo „Osu” wywodzi się z „Oshi shinobu”, które oznacza „Wytrwać, pomimo przeciwności”. To gotowość, żeby z wytrwałością brnąć przez ograniczenia i trwać pod każdym rodzajem presji.

Pojedyncze słowo „Osu” wychwytuje najwierniej, czym ostatecznie jest sztuka Karate, szczególnie Karate Kyokushin. Każdy, kto jest naprawdę zdolny do manifestowania „ducha Osu” w każdym słowie, zamyśle i działaniu może być uznany za mądrego i odważnego. Do treningu powinno się przede wszystkim podchodzić w „duchu Osu”.

Nawet początkującemu, który jest świadomy swoich braków treningowych i niekoniecznie chce się poddać wymogom treningu wystarczy jedynie uzmysłowienie, że przez wytrwałość i wolę kontynuacji, przychodzą wielkie fizyczne, umysłowe, duchowe i emocjonalne korzyści. Wszystko to potrzebuje tej specjalnej determinacji.

Zatem „Osu” oznacza cierpliwość, wytrwałość, szacunek i uznanie. Jest więc to bardzo ważne słowo w Karate Kyokushin. Używając słowa „Osu” przypominamy sobie o tych nieodzownych dla każdego trenującego Karate Kyokushin wartościach.

OSU!

Sen o Pustyni - Maroko '09

"Ziemia jest w stanie nauczyć nas więcej o nas samych niż wszystkie książki tego świata, ponieważ stawia wymagania. Samopoznanie następuje, gdy człowiek mierzy się z przeszkodą”

Antoine de Saint-Exupery

Patrząc na mapę Michelin 741, czytając „Sahara Overland” Chrisa Scota oraz różne pozycje traktujące o życiu i kulturze Touaregów nie mam wątpliwości dokąd kieruje mnie dusza- do Algierii, z jej przepastnymi odległościami, ogromnymi ergami, górami Hoggar oraz Tuaregami. Niestety, aby podróżować po południowej Algierii turysta jest zoobligowany do wynajęcia przewodnika. Przyjemność ta kosztuje około 50 Euro za dzień. W związku z powyższymi przeciwnościami, oraz dlatego, że nigdy wcześniej nie jeździłem motocyklem po pustyni postanawiam niejako na rozgrzewkę przejechać najciekawsze (według C.S.) pustynne szlaki w Maroku. Za główne cele wycieczki obieram: cieszyć się każdą chwilą i poznać smak jazdy po Saharze zaliczając kilka „dakarowych” odcinków.

Europa

Wyjeżdżając podczas nagłego październikowego ochłodzenia nie mogę się doczekać cieplejszej pogody. Przejazd niemieckimi autostradami wspominam wyjątkowo chłodno. Przyjemnie robi się dopiero we Francji, którą zwiedzam korzystając z podrzędnych dróg. Docieram nimi do wybrzeża Morza Śródziemnego i postanawiam nie rozstawać się już z widokiem lazurowej przestrzeni. 

W ten sposób docieram do Girbaltaru. Jadę przy samym morzu i chwilami czuję się tak, jakbym po nim żeglował. Nie spieszę się. Cały odcinek z Krakowa do Gibraltaru zajmuje mi 10 dni. Długość wspomnianego odcinka oscyluje wokół 3000 km. Podczas całej wyprawy codziennie nocuje w moim 1000 gwiazdkowym hotelu. Najlepsze miejsca na nocleg najłatwiej znaleźć, gdy jest jeszcze widno.

Maroko

Ląduję w hiszpańskiej Ceucie. Maroko stoi otworem przed turystami. Odprawa graniczna nie stanowi problemu. W przeciwieństwie do innych krajów Afryki Północnej takich jak Algieria, Tunezja czy Libia, podróżowanie po pustynnych rejonach Maroka jest możliwe bez korzystania z usług przewodnika. Jest to kraj zróżnicowany pod względem krajobrazu. Na północy w Górach Riff spotykam klimat śródziemnomorski z bogatą roślinnością. To tutaj uprawia się marihuanę i produkuje haszysz, który jest później szmuglowany do krajów Europy. Jadąc dalej na południe wjeżdżam w pasmo Atlasu. Polecam zatrzymać się na herbatę nad malowniczo położonym jeziorem Lac de Tislit znajdującym się na drodze z Tassent do Imilchil. Celuję w Wąwóz Todry, który zacieśnia się stopniowo, tworząc wąski przesmyk z pionowymi skalistymi ścianami (docelowe miejsce pielgrzymek turystów autokarowych). Po opuszczeniu gór wjeżdżam w suchą krainę. Najlepsze i najdłuższe pustynne szlaki położone są wzdłuż wschodniej granicy Maroka. Przez Alnif docieram do Rissani. Tu robię zakupy, które mają wystarczyć na najbliższe dwa dni. Zaraz za Rissani odbijam w stronę skał, gdzie znajduję zacienione miejsce i dokonuje operacji zmiany opon na motocrossowe. Częściowo zużyte opony zostawiam na miejscu, by później podać ich namiary GPS na forum Horizons Unlimited (a nuż się komuś przydadzą). Nocuję przed Taouz.

Pustynia

"Bóg stworzył kraje bogate w wodę aby ludzie byli szczęśliwi, a pustynie aby mogli odnaleźć tam swoją duszę" 

powiedzenie Tuaregów

Nie wiem dlaczego, ale pustynia działa na mnie jak magnes. Madmaxowe klimaty związane z umiejętnością poradzenia sobie w każdych warunkach poprzez: spokój, deternimację, umiejetność trafnego antycypowania zagrożeń i improwizowanie, bardzo mi odpowiadają. Z psychologicznego punktu widzenia oceany, wysokie góry i pustynie są jednym. Podstawową cechą człowieka przemierzającego samotnie jakiekolwiek odludzie powinna być pokora. Lepiej żeby jednostka zdobyła ją przed rozpoczęciem wyprawy (Np. czytając opisy przygód ludzi, którzy jej nie posiadali), niż miałaby poprzez swoją lekkomyślność zostać ciężko doświadczona przez naturę. Czerpię z doświadczenia Tuaregów, którzy jak nikt inny są w pełni świadomi, że przemierzanie pustyni wiąże się z podejmowaniem dużego ryzyka. Aby je zminimalizować, wszystko należy wykonywać z najwyższą starannością, ponieważ najmniejszy błąd może okazać się ostatnim w naszym życiu.

Z przewodnika „Sahara Overland” wybieram najładniejsze i najdłuższe szlaki. Na pierwszy ogień idzie najlepszy (zdaniem Chrisa Scota) pustynny szlak w Maroku. Zaczyna się w miejscowości Merzouga, a kończy w Tagounite (M6 w S.O.). Wspomniany odcinek liczy sobie 239km. Nawierzchnia i krajobraz zmienia się jak w kalejdoskopie. Jadę po piaskach, szutrach, twardym dnie wyschniętego jeziora oraz najeżonej skałami górskiej drodze. Olbrzymie wydmy zapierają dech w piersiach. Jadąc dnem jeziora horyzont redukuje się do cienkiej linii. Najtrudniejszym fragmentem trasy okazuje się wyschnięte koryto rzeki (Qued Daoura) w okilicach H. Remlia. Jest tam około 5 km miałkiego, głębokiego piachu na którym nie można się rozpędzić do odpowiedniej
prędkości, ponieważ ograniczony krzakami szlak co chwile skręca o 90 stopni. Nie ma wyjścia- jadę na jedynce wkręcając silnik na maksymalne obroty. Jako, że moja Tenerka jest chłodzona powietrzem, a ja nie mam założonego wskaźnika temperatury oleju, zatrzymuję się co kilka minut, aby dać silnikowi ochłonąć. Jadę sam, więc wolę dmuchać na zimne niż doprowadzić do zatarcia silnika i czekać na niepewną pomoc, która niekoniecznie musiałaby nadejść. Ludzie pustyni bardzo troszczą się o swoje wielbłądy. Dobra kondycja zwierzęcia jest nawet ważniejsza od stanu zdrowia człowieka, ponieważ chory człowiek na zdrowym wielbłądzie
ma szanse na ocalenie. Wielbłąd niezdolny do marszu skazuje jego posiadacza na pewną śmierć. Pojazd pustynny można porównać do łodzi na oceanie, która gdy zaczyna tonąć nie pozostawia marynarzowi wielu opcji. Szczególnie jadąc samemu, z dala od jakiejkolwiek cywilizacji zmieniam podejście do motocykla, który staje się teraz dla mnie dwukołowym statkiem, od działania którego zależy to, kiedy i czy dotrę do celu.

Chwile zwątpienia przeżywam jeżdżąc tam i z powrotem wyschniętym korytemrzeki Daoura w poszukiwaniu kontynuacji szlaku. Przez cały dzień spotykam tylko grupę na quadach i słownie jeden samochód 4x4. Mimo zapasów wody pitnej, pod koniec dnia wystąpiły u mnie symptomy odwodnienia: ból głowy i nudności. Dopiero później odkryłem, że picie caca-coli (i innych napojów zawierających kofeinę) na pustyni podczas upału i wykonywania ciężkiej pracy jest niewskazane. Natomiast picie samej wody wypłukuje minerały i doprowadza do stanu w którym człowiek coraz więcej pije i częściej oddaje mocz, ale nie może ugasić
pragnienia. Marokańczycy mają na to sposób: parzą herbatę z mięta i dodają mnóstwo cukru. Wspomniany napój działa rewelacyjnie. Filiżanka takiej herbaty w większym stopniu skutecznie gasi pragnienie niż litr czystej wody. Docieram do Tagounite i nocuję nieopodal. Następnego dnia regeneruję siły w tutejszych cyber-kafejkach. Nazajutrz dojeżdżam do Mhamid i
rozpoczynam kolejny ze szlaków z S.O. – M7 (prowadzi do Foum Zguid i liczy sobie 143km). Odcinek na początku jest piaszczysty- nie sprawia tylu problemów co poprzedni, gdyż jest szeroki i można się rozpędzić. Spotykam grupę na czterosówowych ktm-ach exc- idealnym sprzęcie na te warunki. Szlak zmienia swoje oblicze- staje się wąską kamienistą drogą. Nocuję 300 metrów od szlaku. Księżyc mocno świeci co pomaga w biwakowaniu. Wokół panuje totalna cisza. Kolejnego dnia jadę dnem wyschniętego jeziora i docieram do wspomnianego wyżej celu. Odcinek położony bliżej Foum Zguid jest już bardziej płaski, pozbawiony kamieni-
jedzie się przyjemniej i szybciej. Z Foum Zguid kieruję się w stronę Zagory szlakiem M8 liczącym sobie 130 km. Początki są niewinne. Szybka, gładka szutrówka- nic tylko pędzić. Na szczęście w porę zauważam, że przekrój poprzeczny drogi wygląda jak ciasto, z którego wycięto kilko kawałków. Okazuje się, że piękna droga jest poprzecinana wąskimi korytami wyschniętych rzek, dlatego poczas jazdy z większymi prędkościami wskazana jest czujność. Stopniowo pojawia się, coraz więcejkamieni a krajobraz zmienia się w hamadę- skalistą pustynię. Stopień trudności nie licuje co prawda z Rajdem Tatrzańskim, ale te kilkadziesiąt kilometrów jest najbardziej kamienistym szlakiem jakim jechałem w swoim życiu. Po dotarciu do Zagory mam ochotę całować asfalt-
za to że jest. W lokalnym barze jem Tażinę- mięso z ziemniakami i warzywami, uduszone i podawane w jednej misie. Nazajutrz wyruszam z Zagory na wschód w celu powrotu na szlak M6. Zamarzyło mi się bowiem rozbić namiot na szczycie największej wydmy jaką zobaczę. Piesza wspinaczka na szczyt ze wszystkimi niezbędnymi manatkami zajmuje mi 30 minut. Wysiłek rekompensuje przepiękny zachód i wschód słońca. Samo biwakowanie na tej wielkiej kupie piachu jest mniej przyjemne. Wiejący
wiatr porywa drobinki piasku, które dostają się wszędzie.

Atlas

Po nacieszeniu oczu pustynią, kieruję się w stronę Tazzarine. Za Quarzazate szutrowym szlakiem wjeżdżam w Atlas- droga prowadząca przez Ait-Benhaddou i Telouet jest bardzo popularna wśród turystów. Spotykam zorganizowane wycieczki na rowerach, motocyklach enduro i w samochodach 4x4. Szerokość kamienistej wstązki miejscami nie pozwala dwuśladowym pojazdom na minięcie się. Co pewien czas ścieżka wije się środkiem zabudowań wiejskich, których technologia budowy dalej tkwi w
zamierzchłych czasach. Szlak łączy się wreszcie z asfaltową wstążką prowadzącą przez przełęcz Tizi-n-Tichka do Marrakech-u. Z miasta „czerwonych dachów” kieruję się na południe, aby wjechać na najwyżej położoną drogę jaką udało mi się odszukać na mapie wgranej w GPS-a. W okolicach Oukaimeden zdobywam wysokość 2913 m n.p.m. Na motocyklu trialowym można by się pokusić o kontynuowanie jazdy pieszym szlakiem zapewniającym spektakularny widok na najwyższy szczyt Atlasu- Toubkal
(4167 m n.p.m.). Przez kilka ostatnich kilometrów jestem nękany przez natręta uzbrojonego w motorower, który przy każdym postoju w celu zrobienia zdjęcia dojeżdża do mnie próbując opchnąć jakieś kamolce. Następnie kieruję się w stronę Agadiru pokonując przełęcz Tizi-n-Test. Widoki zapierają dech w piersiach. Jestem nimi przesycony do tego stopnia, że nie chce mi się zatrzymywać, aby wyciągnąć aparat.

Powrót

Po dotarciu do oceanicznego wybrzeża staram się jechać jak najbliżej linii wody. Udaje mi się trafić do kilku rybackich wiosek nieskażonych do tej pory turystyką. Przejeżdżając nocą przez Casablancę doznaję szoku kulturowego. Jeśli ktoś uważa, że był świadkiem wszystkich możliwych przewinienień drogowych i nic go nie może już zaskoczyć, to powinien przyjechać własnie tutaj, aby móc zweryfikować swoją umiejętność antycypowania zagrożeń związanych z jazdą motocyklem w mieście. Dzieje się naprawdę dużo i to ze wszystkich stron naraz. To tak jakby w jednej chwili wszyscy uczestnicy ruchu drogowego w zasięgu wzroku próbowali
wymusić na kimś pierwszeństwo. Obowiązuje tu zasada, że jeśli dasz się zabić to zginiesz, czujesz się jak w dżungli walcząc o życie. Bez różnicy- matka z dzieckiem czy kierowca ciężarówki. Po takim doświadczeniu człowiek zaczyna doceniać rodzimych kierowców. Przed granicą hiszpańsko- francuską zaliczam na zakręcie konkretną glebę. Jak to zwykle w takich przypadkach bywa kilka czynników kumuluje się, tworząc wybuchową mieszankę. Po pierwsze po pokonaniu kilku pustynnych szlaków byłem zbyt pewny siebie. Po drugie jadę na kostkach zmocno odciążonym przednim kołem. Po trzecie droga jest kręta, więc z nudów ścigam się z Hiszpanem jadącym na jakimś grubooponiastym cruiserze. Po czwarte, gdy już udaje mi się delikwenta wyprzedzić i jadę
po łuku na granicy moich umiejętności z prędkością około 100km/h- najeżdżam na plamę oleju, co skutkuje bardzo efektownym szorowaniem po asfalcie. Pierwsze odczucia mogą być mylące, ale po odczekaniu chwili stwierdzam z całą pewnością: żyję i nic poważnego mi nie jest. Tenerka zrobiła się lżejsza o GPS, szybę, lusterko i kierunkowskaz. Silnik pali,ale czarniawa maź wydobywająca się z dziury w lewym deklu wskazuje na konieczność dokonania naprawy przed ponownym wyruszeniem w trasę. Całe zdarzenie miało miejsce bardzo blisko stacji benzynowej a życzliwi hiszpanie służyli pomocą. Ubytek w pokrywie wariatora zaślepiłem kawałkiem blaszki z wyrzuconego stojaka na gazety. Trochę pracy wymagałooczyszczenie jej z lakieru przy pomocy krawężnika i dużego kamienia. Blaszkę przylepiłem od wewnątrz tzw. zimną stalą. Do prawidłowego założenia dekla potrzebuję jeszcze czerwonego silikonu. Ten, który wziąłem z Polski nie chce ze mną współpracować. Pytam więc kolejnych kierowców pojawiających się na stacji, czy nie posiadają owego specyfiku. Z opresji wybawia mnie trialowiec, który przywiózł mi
specjalnie z domu duże opakowanie nie chcąc przy tym nic w zamian. Po noclegu spędzonym na tyłach stacji, rankiem wyruszam na północ. Po rozgrzaniu silnika olej zaczął się lekko sączyć, więc decyduję się na jazdę w trybie „ciągłym” do Krakowa. Muszę dolewać olej co drugie tankowanie, co wiąże się z koniecznością zdejmowania wszystkich sakw i siedzenia. Na granicy hiszpańsko-francuskiej zaczyna padać. Deszcz dręczy mnie przez kolejne 45godzin. W suche ubranie przebieram się dopiero w domu.

Jakość

„Na pustyni odnalazłem wolność niemożliwą do osiągnięcia w cywilizacji; życie nieobciążone posiadaniem dobytku, ponieważ wszystko, co nie było niezbędne, stawało się przeszkodą”



Wilfred Thesiger

Będąc w podróży zaczynam przykładać większą uwagę do najprostszych rzeczy. Przyjemność odnajduję w tak prozaicznych czynnościach jak przykręcanie palnika do butli z gazem. Dzięki temu, że ilość sprzętu u motocyklisty jest mocno ograniczona, człowiek zaczyna bardziej doceniać te nieliczne przedmioty, które ma do dyspozycji. Tempo życia zwalnia, a spokojne wykonywanie prostych czynności staje się swego rodzaju rytuałem, który pochłania mnie bez reszty. Pojawia się nowa jakość przeżywanych chwil (jakże różniąca się od porannego pośpiechu czy obowiązków dnia codziennego, które staramy się wypełnić jak najszybciej).

Poznanie

Dlaczego podróżujemy? Popycha nas do tego: chęć sprawdzenia się w ekstremalnych sytuacjach, poznania ciekawych kultur, piękne krajobrazy, ultra intensywne doświadczania łączące się z odczuwaniem wysokiego poziomu fizycznego ryzyka oraz egzotyka otaczającej rzeczywistości – podczas jednej miesięcznej wyprawy na motocyklu zbiera się więcej wrażeń niż podczas całego roku spędzonego w znajomym otoczeniu. Dla mnie poznawanie świata i zdobywanie doświadczenia jest tylko narzędziem służącym do odkrywania i doskonalenia siebie. Każda samotna wyprawa zostawia ślad na duszy człowieka. Charakter tej zmiany zazwyczaj odkrywa się dopiero długo po powrocie. Człowiek jest w dużym stopniu kształtowany przez środowisko, w którym żyje. Pustynia, będąca bardzo surowym i niegościnnym miejscem, sprawiła, że ludzie ją zamieszkujący musieli wyrobić w sobie pewien zespół cech umożliwiających przetrwanie. Uznawany za jednego z ostatnich wielkich odkrywców- Wilfred Thesiger, który pod koniec lat 40-tych w towarzystwie Beduinów przemierzył piaski Arabii, przypisał nomadom pustyni następujące cechy: szczodrość, odwagę, wytrzymałość, cierpliwość oraz beztroskę w podejmowaniu najbardziej heroicznych działań. Poprzez podróżowanie pragnę nauczyć się cierpliwości i zachowywania niezmąconego spokoju wobec wszelkich przeciwności losu.Codziennie znajduję inne piękne miejsce do rozbicia obozu. Jest w tym coś z życia nomadów, którzy w każdym miejscu na Ziemi widzą swój dom.
Nie jestem przywiązany na stałe do żadnego z miejsc i dzięki temu bardziej doceniam otaczającą mnie rzeczywistość. Żyjąc przez dłuższy okres czasu w ten sposób uczę się, że podstawą szczęśliwego życia wcale nie jest posiadany status społeczny, władza czy wartości materialne, lecz spokój ducha czerpany z ludzkiej życzliwości i piękna niezniszczalnej przyrody. Podróżowanie utwierdza mnie w przekonaniu, że wżyciu nigdy do niczego nie dochodzimy, możemy jedynie wybrać właściwą
drogę. Sposób dążenia do celu jest ważniejszy od jego osiągnięcia.


Tomasz Lorek

Joniec Team

www.globerider.pl


JONIEC EXPEDITIONS - konkurs na wyprawę sezonu 2017/18

Organizując wyprawę warto zadbać o przygotowanie dobrej relacji. To cenna pamiątka po odbytej podróży. Jednym z przykładów pokazującym, że to się opłaca jest JONIEC EXPEDITIONS 2017/18. To nowa inicjatywa polskiego producenta systemów ogrodzeń, który od lat wspiera wyprawy i ekspedycje. Poprzez organizowany konkurs i deklarowane wsparcie dla podróżników, firma chce zachęcić do przekraczania własnych i geograficznych granic oraz dzielenia się zdobytymi doświadczeniami z innymi.

 Wszyscy podróżujemy. Czy to na odległe kontynenty, czy choćby do sąsiedniej miejscowości, albo ulubionego zakątka za miastem. Nie wszyscy jednak bierzemy udział w  ekspedycjach wymagających odwagi, by pójść w nieznane. Do tego potrzebna jest dusza odkrywcy. To ta nutka ryzyka i gotowość zdania się na własne zdolności radzenia sobie w nieznanym otoczeniu, odróżnia wyprawy od zwykłych wycieczek z biurem podróży. Właśnie taką nutkę zdobywcy i podróżnika ma w sobie Mieczysław Joniec, na co dzień właściciel i szef firmy produkującej systemy ogrodzeń betonowych. Co więcej, często poprzez swoją firmę, a także poprzez JONIEC TEAM, wspiera ludzi z pasją, naznaczonych nieustanną chęcią zdobywania, przekraczania barier oraz bardziej ekstremalnego podróżowania.

Sposobem na wsparcie odważnych podróżników i ich pomysłów jest najnowsza inicjatywa pod nazwą JONIEC EXPEDITIONS. Na początek, jej głównym punktem jest konkurs, który już trwa, ale zakończy się dopiero w czerwcu 2018 roku. Konkurs odbywa się na Facebooku i głównym jego celem jest przyciągnięcie uwagi podróżników, również tych mniej zaawansowanych i zarażenie ich mottem firmy JONIEC, mówiącym o wyznaczaniu nowych granic.

To nasz pomysł na to, by poznać, a może i zachęcić do współpracy z JONIEC TEAM, pozytywnie zakręconych podróżników – mówi Mieczysław Joniec. Chcielibyśmy poprzez konkurs zmotywować ich do podzielenia się swoimi przygodami z szerszą publicznością, bo wartością wypraw jest nie tylko przyjemność jaką dają one jej uczestnikom, ale i to, że uczestnicy wypraw mogą pokazać innym świat widziany swoimi oczami – dodaje.

Jedną z ostatnich inicjatyw odbywających się pod szyldem JONIEC TEAM była ekspedycja 4x4 do Algierii, na piaski Sahary. To właśnie będąc w Algierii można poznać Saharę w całej jej różnorodności. Poczynając od nieprzebytych wielkich ergów – morza wydm rozciągających się na setki kilometrów, przez bezkresne płaskie obszary, gdzie po horyzont we wszystkich kierunkach nie można dostrzec zupełnie nic, aż po "hamadę"- pustynię kamienistą, która dla terenówek jest jeszcze bardziej niedostępna, niż piasek.


Zadaniem dla podróżników jest przedstawienie swoich planów na wyprawę, a po zakwalifikowaniu się do kolejnej części zrelacjonowanie swoich ekspedycji na specjalnie do tego przeznaczonym Wydarzeniu na Facebooku. Uczestnicy biorący udział w konkursie mogą liczyć na wsparcie firmy JONIEC w postaci zapewnienia części ekwipunku wyprawy, a także na nagrodę główną, którą jest profesjonalny dron.

Wpis pochodzi ze strony http://www.landcruiser.pl/